Close

Luty 20, 2016

ZA JAKIE GRZECHY…?

Prawo Murphiego

Dzień z życia dyrektora, matki, kobiety w podróży służbowej.

Wersja angielska w tłumaczeniu Dorota Żurawińska    TUTAJ

Zdarzają się takie dni w życiu, w których nagromadzenie zdarzeń niecodziennych jest co najmniej zauważalne.

„Co jeszcze pójdzie nie tak?”

„Cały świat sprzysiągł się przeciwko mnie!”

„Prawo Murphiego… Jak coś ma pójść nie tak, to pójdzie nie tak.”

„Lepiej było nawet nie wstawać z łóżka.”

„Nienawidzę poniedziałków! ”

W takich momentach zastanawiam się, co to wszystko chce mi powiedzieć i co ja mam z tym zrobić.

Jak reagować na takie wydarzenia? Ze złością? Wściekłością? Zwątpieniem? Paniką? Ciekawością? Radością? Uśmiechem?

To był poniedziałek 25.01.2016.

Następnego dnia rano miałam lecieć do Szkocji na interwencję u dostawcy. Lot jak lot – nic szczególnego. Podróżuję służbowo często i tego typu atrakcje nie wzbudzają już we mnie większych emocji. Zwykła droga do pracy, tyle że trochę dłuższa.

Zuzia wróciła ze szkoły z informacją, że źle się czuje i wymiotowała na świetlicy. Od 19.00 jej taniec z jelitówką nabrał rumieńców. Nie byliśmy tym faktem zaskoczeni. Powiedziałabym, że była to jedynie kwestia czasu. Dawid rozpoczął tą rodzinną wyliczankę dwa dni wcześniej. Najprawdopodobniej przynosząc wirusa z przedszkola.

„Zuzia nie mogła wybrać lepszego momentu.”

Tak naprawdę, tego akurat nie wiem, czy mogła, czy nie mogła.

Czuwając w weekend przy Dawidzie zastanawiałam się, czy Zuzia zdąży zachorować przed moim wyjazdem i kiedy przyjdzie kolej na mnie i na Tomka. Tego jednego można być przy jelitówce pewnym: na każdego przyjdzie kolej.

Kilka lat wcześniej dzieci chorowały notorycznie podczas moich nieobecności. Nie przepadam za takich układem. Jeśli mogę wybrać, to jednak wolę być przy dzieciach, kiedy są chore.

Zuzia kursowała między pokojem i łazienką. Siedziałam przy niej. Wspierałam w toalecie. Budziłam, gdy aktywność żołądka nabierała na sile i mała zaczynała się nerwowo kręcić na łóżku. Głaskałam ją po plecach, gdy wstrząsały nią torsje. W przerwach pracowałam przy komputerze.

Dawidowi przeszło około 3.00 nad ranem. Zuzia zaczęła o podobnej porze, więc jeśli poszłoby tym samym schematem, to powinna również jakoś tak skończyć. Niezły plan, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że taksówka po mnie miała przyjechać o 4.30.

„Powinnam się wyrobić.”

Około północy spakowałam torbę.

Tomek już od jakiegoś czasu stwierdza, że bardzo lekko podchodzę do moich wyjazdów, że nie tyle przyjmuję je ze spokojem, co prawie z lekceważeniem. Może ma rację.

Zuzia około 3.00 zasnęła spokojnie. Rozluźniła się. Oddychała miarowo i lekko. Wszystko zgodnie z planem.

Ja za to poczułam ucisk w żołądku, potem w brzuchu i znów w żołądku.

„O… Idzie… moja kolej…”

Rozważałam różne scenariusze rozwoju wypadków szukając najlepszego momentu na moją przygodę z jelitówką. Tego scenariusza nie uwzględniłam w rozważaniach. Miałam półtorej godziny do wyjazdu. Trochę mało.

„Wystarczy!”

Wykąpałam się. Ubrałam. Uczesałam. Suszyłam włosy siedząc na podłodze, gdyż wyprostowana postawa przekraczała moje fizyczne możliwości. Organizm dawał mi bardzo jasne wskazówki, kiedy czas na wizytę w toalecie, a kiedy mogę zrobić coś innego. 5 minut do wyjazdu i… wszystko się uspokoiło. Jak ręką odjął.

Podziękowałam sobie za sprawną akcję (pogłaskałam się po brzuchu) i wyszłam z domu.

Odejście od standardów

Tym razem po raz pierwszy zdecydowałam się skorzystać z elektronicznej wersji karty pokładowej. Przywiązuję się do działających, sprawdzonych rozwiązań i standardowo drukuję kartę pokładową. Odprawiając się dzień wcześniej pomyślałam, że czas spróbować czegoś nowego. Odważyć się na zmianę. Wyjść poza schemat.

Dodatkowo po raz pierwszy wyruszyłam w podróż bez mojego nieodłącznego plecaka, w którym nosiłam dosłownie wszystko. Po spotkaniu ze stylistką na początku roku, zamieniłam mój plecak na torbę. Zdążyłam się już nawet do niej przyzwyczaić. Plecak ważył 8kg. Torba 5kg. Skąd różnica? Otóż, okazało się, że pełne okablowanie moich sprzętów (laptop, komórka, zewnętrzne dyski itd.) oraz spora część papierologii, którą ze sobą wożę, mogą wylądować w bagażu głównym na czas przelotu. Nie ma bezpośredniej potrzeby noszenia ich na plecach. WOW.

Wsiadając do taksówki zauważyłam, że bateria w telefonie jest naładowana tylko w 20%. W wirze wieczorno-nocnych wydarzeń kwestia naładowania telefonu okazała się wyjątkowo mało istotna. Teraz zbierałam tego konsekwencje. Szybka kalkulacja.

„Potrzebuję kabli. Są w walizce. Przed nadaniem bagażu przełożę do torby. W samolocie telefon naładuję od laptopa.”

Wniosek: potrzebny kabel usb do telefonu.

Na lotnisku zgodnie z planem wyjęłam ten jeden kabelek z walizki i schowałam do torby podręcznej. Potrzebowałam telefonu na czas boardingu w Warszawie i w Amsterdamie, łącznie około 3-4 godzin.

„Dwie godziny lotu do Amsterdamu przy telefonie podłączonym do laptopa powinno wystarczyć. Potem będzie już ok. Na spotkaniu u dostawcy podłączę telefon standardową ładowarką do gniazdka. No! Do zrobienia.”

Na Okęciu jakiś czas temu założyli automatyczne bramki z czytnikiem kodu kreskowego prowadzące do kontroli bezpieczeństwa. Przyłożyłam telefon. Rozległ się dźwięk błędu.

„Nieprawidłowe lotnisko”. Serio?

W tym momencie sobie przypomniałam, że faktycznie dostałam dwa maile od KLM. Potraktowałam je z automatu jako pomyłkę nawet nie przeglądając ich zawartości. Zostawiłam sobie jeden w skrzynce, a drugi zarchiwizowałam. Teraz zrozumiałam, że każdy z nich był z kartą pokładową na inny lot. Tylko ten pierwszy przerzuciłam do archiwum na serwerze. Ściągnięcie go zajęło mi kilka minut i kilka % baterii.

Plan, autopilot i siła założeń

Plan był taki, by w samolocie podłączyć telefon do laptopa.

Planu nie zrealizowałam. W oczekiwaniu na informację, że można korzystać z większych sprzętów elektronicznych, zmęczenie okazało się silniejsze i zwyczajnie zasnęłam. Obudziłam się dwie godziny później w Amsterdamie. Bardzo dobrze mi to zrobiło. Wysiadłam z samolotu z o wiele wyższym poziomem energii. W przeciwieństwie do mojego telefonu. Poziom naładowania baterii 15%.

Roaming powoduje szybsze zużycie baterii. Zameldowałam smsem mężowi, że doleciałam i rozpoczęłam marsz z terminala B do D.

„40 minut do boardingu. Telefon też powinien wytrzymać. Jest ok.”

Wtedy zdałam sobie sprawę, że do terminala D przechodzi się przez kontrolę paszportową. Nie wzięłam paszportu. Mój paszport leżał spokojnie w drugiej szufladzie biurka. W tej chwili nawet oczami wyobraźni widziałam jego dokładną lokalizację.

„Poważnie, trzeba mieć paszport? Dowód osobisty nie wystarczy?”

Jechałam na takim autopilocie, że nawet przez chwilę nie pomyślałam o paszporcie. Tak bardzo przyzwyczaiłam się, że na terenie Europy dowód wystarcza. W tym właśnie momencie zwątpiłam.

„Co teraz? Wracamy do domu? Co ze spotkaniem?”

Stałam w kolejce do odprawy paszportów europejskich i prowadziłam dyskusję sama ze sobą.

„Zakładam, że skoro odprawa paszportowa, to trzeba mieć paszport. A jeśli nie trzeba i to założenie jest błędne?”

Podeszłam do okienka. Podałam telefon z elektroniczną kartą pokładową i dowód osobisty. Uśmiech numer 10.

„Lecę do Glasgow. Mam tylko dowód, bo paszport został w domu.”

Pan się uśmiechnął. Dowód wystarczył. Ja przeszłam na druga stronę.

Rzut oka na telefon. Bateria 8%. Zostało 5 minut do boardingu. Wtedy odkryłam istnienie takich budek na lotnisku. Można naładować komórkę za 2 EUR w 5 min. Wcześniej na to nie zwracałam uwagi. Tym razem nie miałam ani 2 EUR, ani 5 minut. Jednak, dobrze to wiedzieć na przyszłość.

„Dam radę.”

Dotarłam do bramki w najlepszym momencie, by przejść przez boarding i wsiąść do samolotu nie stojąc w kolejce. Telefon wytrzymał. Co więcej, zadzwoniłam do Tomka, odpytałam go o dzieci i po krótce opowiedziałam moje perypetie. Wsiadłam do samolotu uśmiechając się sama do siebie.

Lot przebiegał spokojnie. Telefon ładował się od laptopa na moich kolanach.

Wszystko było pięknie do ogłoszenia, że schodzimy do lądowania.

Latam dużo. Jednak takiego rollercostera podczas lądowania wcześniej nie doświadczyłam. Naprawdę się bałam.

„Będzie dobrze. Jest dobrze.”

Oparłam głowę o fotel, nogi o podłogę, ręce o kolana. Zamknęłam oczy.

Wdech i wydech. Wdech i wydech. Wdech i wydech.

Cisza. Ciemność. Nicość. Zobaczyłam morze. Wielkie fale na oceanie. Wielkie, bez bałwanów. Wznosiły się i opadały. Ich ogrom robił wrażenie, jednak tempo ich ruchu uspokajało.

Wdech i wydech.

Zobaczyłam wielki tankowiec wśród tych fal. Trochę się bujał. Wznosił i opadał. Przy nim te wielkie fale nie wydawały się już takie wielkie. Nagle zrobiły się mniejsze. Przy ogromie tankowca straciły na sile.

Wdech i wydech.

Wylądowaliśmy.

Poczucie szczęścia w momencie, gdy samolot sunął już na kołach po płycie lotniska – bezcenne (za resztę zapłacisz MasterCard). To są takie chwile, gdy wdzięczność i szczęście przepełnia każdą pojedynczą komórkę ciała. To są chwilę prawdziwego, bezgranicznego docenienia faktu życia. Tu i teraz.

Co jeszcze może się wydarzyć?

Spotkałam się z kolegami z pracy przy wyjściu z lotniska i już razem pojechaliśmy na spotkanie do dostawcy.

Na miejscu odkryłam kolejną prozaiczną rzecz. W Szkocji, podobnie jak w Wielkiej Brytanii, mają inne wtyczki do gniazdek. Wiedziałam i wiem o tym. Mam w domu adaptery. Tylko, że ich aktualna lokalizacja i świadomość ich posiadania niewiele zmieniała w moim położeniu.

„Może będą mieli w hotelu. Może gdzieś kupimy?”

Telefon naładowany do 20%, laptop pokazywał mi możliwość pracy na baterii przez 30min. Spotkanie miało trwać jakieś 5 godzin. Nie bardzo się to spinało. Uśmiech numer 10 i dostałam od dostawcy kabel z odpowiednią wtyczką do mojego laptopa. Od laptopa po usb telefon i „jesteśmy w domu”.

Spotkanie dobiegło końca. Zostaliśmy przewiezieni do hotelu. Tu okazało się, że nie ma naszej rezerwacji, a wszystkie pokoje mają zajęte. Po krótkim dochodzeniu okazało się, że rezerwacja była zrobiona tylko na datę składania rezerwacji, czyli dwa tygodnie wcześniej, a nie na datę naszego faktycznego przyjazdu.

Kto popełnił błąd? A jakie to ma znaczenie?

Zaproponowano nam 2 zamiast 3 pokoi w hotelu obok. Moi koledzy nie byli jednak chętni do zamieszkania razem.

Koniec końców znaleźli nam 3 pokoje w hotelu niedaleko lotniska. Spać mieliśmy gdzie. To sukces. Pozwolę sobie pominąć dyskusję na temat relacji cena-jakość. Problem braku adaptera odczułam ponownie rano przy suszeniu włosów, jednak to jest zupełnie inna historia…

Siła spokoju

Przed pójściem spać myślałam o wydarzeniach z całego dnia. Wspomnienia z takich dni są jak perełki. Trochę nierealne, trochę magiczne i z całą pewnością niezapomniane. Takie dni wspomina się latami. Z biegiem czasu z większym dystansem i większym sentymentem. Stają się anegdotami opowiadanymi na spotkaniach towarzyskich i szkoleniach.

Obserwuję, jak z czasem zmienia się moje podejście do takich wydarzeń.

Kiedyś reagowałam nerwowo. Każdy kolejny element powodował wybuch złości, frustracji, paniki.  Czułam się winna lub pokrzywdzona. Szukałam kogoś lub czegoś do obwiniania. Szukałam wyjaśnień, usprawiedliwień. Tylko to niewiele zmieniało, a wciągało mnie w spiralę poczucia bezsilności.

Tym razem byłam spokojna. Cały czas byłam spokojna. Zauważałam relacje przyczynowo-skutkowe. Fascynujące jest dla mnie, jak potencjalnie nieistotne decyzje mogą mieć gigantyczny wpływ na kolejne wydarzenia. Każdy kolejny element dziejący się inaczej, przyjmowałam z uśmiechem, ciekawością i rozbawieniem.

Z jakiego powodu? …bo z im większą otwartością i akceptacją przyjmuję zdarzenia w moim życiu, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że wszystko ma sens, nawet jeśli nie łapię go od początku. Najważniejszym staje się doświadczanie, odczuwanie i czerpanie z tego natchnienia. Branie odpowiedzialności za wszystko, na co mam realny wpływ i puszczanie luzem wszystkiego, na co wpływu nie mam.

Obserwacja świata. Obserwacja mnie samej. Obserwacja zależności i ich następstw.

Uczę moje dzieci, że spokojnie wszystko się ułoży, że spokojnie na wszystko znajdą rozwiązanie i że jest po prostu dobrze tak, jak jest, że można zmienić tylko to, co do przodu, bo fakty przeszłe – to fakty przeszłe. Tego dnia poczułam się tak bardzo spójna z tym, czego je uczę. Niesamowite uczucie…

Miewasz takie dni? Co o nich sądzisz? Co mają na celu? Jak myślisz?

Wersja angielska w tłumaczeniu Dorota Żurawińska    TUTAJ


Chcesz porozmawiać o wystąpieniu na Twoim wydarzeniu?

Chcesz zorganizować szkolenie lub warsztat w Twoim zespole?

Chcesz umówić się na coaching?

ROZMOWA



Chcesz być zawsze na bieżąco z nowymi wpisami na blogu, wydarzeniami, publikacjami, szkoleniami i wystąpieniami?

Zostaw swój mail. O resztę zadbam ja.



Na naszych stronach internetowych stosujemy pliki cookies. Korzystając z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień przeglądarki wyrażasz zgodę na stosowanie plików cookies zgodnie z Polityką prywatności. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close